Odsłonięcie tablicy upamiętniającej siostrę Iwonę Król - Wschowa

11 listopada 2014r. w godzinach południowych została odsłonięta tablica upamiętniająca Elżbietankę, siostrę Iwonę Król. Tablica z wizerunkiem siostry Iwony oraz krótką biografią jest elementem ogrodzenia, jaki otacza Dom Zakonny pw. “Św. Jana” we Wschowie.

Podczas uroczystości związanych z odsłonięciem tablicy pamiątkowej Jolanta Pawłowska przybliżyła wszystkim zgromadzonym postać siostry Iwony, która wielokrotnie narażając życie niosła pomoc potrzebującym i chorym. Jednym z wielu heroicznych czynów siostry Iwony jest ocalenie kościoła pw. Św. Stanisława Biskupa i Męczennika we Wschowie przed grabieżą oraz zniszczeniem. Któregoś dnia siostry Elżbietanki udały się do świątyni, gdzie pod jedną ze ścian znalazły skrzynkę – mówiła Jolanta Pawłowska. – Siostry  zorientowały się, że jest to bomba, która w każdej chwili może wybuchnąć. Siostra Iwona, mimo sprzeciwu pozostałych sióstr, narażając życie ostrożnie wyniosła skrzynkę na pobliskie planty, gdzie w ta w nocy eksplodowała. Są ludzie, którzy zostawiają po sobie wielkie ślady swej działalności.         S. Iwona należy do tych, którzy na trwale zapisali się w pamięci wielu, bowiem „ma za sobą świadectwo dobrych czynów” (Tm 5, 10). Złotymi zgłoskami zapisała się w historii naszego miasta. O Jej heroicznych czynach wyczytamy z tablicy dzisiaj odsłoniętej. Pełniejszy zaś obraz powołania, działalności i bohaterstwa tej niezwykłej kobiety wyłania się   z Jej pamiętnika pt. „Garść wspomnień z czasów II wojny światowej”.

 

Kilka wątków z Jej życia.

Urodziła się 12 maja 1908 r. w Mrozach koło Kartuz. Na chrzcie św. otrzymała imię Anna. Od wczesnego dzieciństwa pragnęła poświęcić się Bogu. Niestety, ciągle natrafiała na zdecydowany opór ojca. Wraz z latami dojrzewało i utrwalało się w niej powołanie do życia zakonnego. Ojciec natomiast stale pozostawał nieugięty. Nie pomogły prośby, łzy i determinacja córki. Wydarzyło się jednak coś nieoczekiwanego. Jak wspomina s. Iwona: „pewnej nocy we śnie, ojciec otrzymał ostrą reprymendę od swego zmarłego ojca – usłyszał – dlaczego nie pozwalasz Annie pójść do klasztoru?”. Po tym upomnieniu, opór rodzica został złamany.Do Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety wstąpiła w 1930 r. w Poznaniu. W 1931 r., po pierwszym okresie przygotowania do życia zakonnego, otrzymała habit i rozpoczęła nowicjat. Był to okres intensywnej pracy wewnętrznej, który zaowocował w Jej całym dalszym życiu. Pierwsze śluby zakonne złożyła  w 1932 r. w Poznaniu. Tam też przygotowywała się do wykonywania zawodu pielęgniarki, uzyskując dyplom i uprawnienia państwowe.Do domu Sióstr Elżbietanek, w niemieckiej wówczas Wschowie, S. Iwona przybyła pod koniec 1939 r. O samego początku niosła pomoc chorym  i cierpiącym. Nigdy jednak nie zapomniała, że jest Polką. Udowodniła to, odmawiając podpisania folkslisty. Musiała zdawać sobie sprawę czym grozi, w przesiąkniętym nazizmem mieście, ten akt odwagi, jakie mogą być tego konsekwencje. Niebawem ich doświadczyła. Niemiecka komendantura wezwała Ją na przesłuchanie i skierowała do pracy w szpitalu wojskowym dla żołnierzy niemieckich w Herrnprotsch. Jednak mieszkańcy Wschowy rozpoczęli starania  o pozostawienie Jej w mieście, a poparł je pewien SS-man, któremu z dobrym skutkiem leczyła wnuczkę. I tak S. Iwona szczęśliwie pozostała we Wschowie.

Pod koniec wojny, w grudniu 1944 r., na ulicach miasta panował wzmożony ruch. Rozpoczęła się ewakuacja niemieckiej ludności cywilnej. W swoich wspomnieniach S. Iwona wskazuje na ogrom tragedii wielu ludzi, którzy w tych trudnych zimowych warunkach spiesznie uchodzili przed zbliżającym się frontem. Musieli oni zmierzyć się z niezwykle dramatycznymi, życiowymi wyborami. Wielu wschowian popełniało samobójstwa, starcy i słabsi umierali po drodze, matki zostawiały dzieci w nieogrzewanych domach. Wielu z nich uratowała S. Iwona, udzielając opieki i schronienia w domu zakonnym. Zajmowała się też pochówkiem zmarłych. W 1945 r., po zajęciu Wschowy przez wojska radzieckie, Rosjanie utworzyli tu Komendę Wojenną, na czele której stał kpt. Wasiljew. Jego zastępcą do spraw gospodarczych był mjr Miszyn. Od niego to S. Iwona otrzymała przepustkę, aby swobodnie w dzień i w nocy móc poruszać się po mieście i bez przeszkód nieść pomoc chorym i cierpiącym.Któregoś dnia zauważono wywarzone drzwi do kościoła parafialnego. Zaniepokojone tym faktem siostry elżbietanki udały się do świątyni, gdzie pod jedną ze ścian znalazły dziwną skrzynkę. Zorientowały się, że jest to bomba zegarowa, która w każdej chwili mogła wybuchnąć. Przerażone, natychmiast opuściły kościół. Jednak S. Iwona, mimo sprzeciwu pozostałych sióstr, narażając życie, wróciła do świątyni i ostrożnie wyniosła skrzynkę na pobliskie planty,      w bezpiecznej odległości od zabudowań. Niebawem bomba eksplodowała, pozostawiając głęboki lej powybuchowy. Oprócz odwagi w S. Iwonie odezwała się jeszcze jedna pozytywna cecha – poczucie odpowiedzialności. Jak wspomina – w Jej uszach jak echo ciągle brzmiały słowa ks. proboszcza Józefa Kliche, który w czasie ewakuacji powierzył Jej klucze do świątyni i prosił o opiekę nad nią.       I Ona to zadanie do końca wypełniła – ocalając, tak ważne dla Wschowy, jej duchowe i materialne dziedzictwo.

S. Iwona wielokrotnie udawała się do sąsiednich parafii, aby ratować sprzęt liturgiczny przed grabieżą i profanacją. W jednej z wypraw do kościoła w Dębowej Łęce przyniosła komunikanty, ornaty i naczynia liturgiczne, a właściwie przyciągnęła je w koszu na bieliznę. Takie podróże były bardzo niebezpieczne. Wioski były opuszczone przez ludność niemiecką. Przebywali w nich tylko żołnierze radzieccy, którzy zupełnie nie liczyli się z Polakami. Ileż to razy S. Iwona narażała swoje życie, zatrzymywana przez podchmielonych i brutalnych żołdaków. W trudnych, a często beznadziejnych sytuacjach stosowała chytry wybieg, powoływała się na znajomość z mjr Miszynem, którego faktycznie nie znała. Miała tylko przepustkę podpisaną jego nazwiskiem. Ale zdarzyło się tak, że któregoś dnia osobiście poznała Miszyna. Oficer ciężko zachorował i został Jej pacjentem. Po wojnie, do końca życia, S. Iwona ofiarnie służyła chorym  i potrzebującym. Niejednokrotnie też ratowała ludzkie życie. Ktokolwiek zwracał się do niej o pomoc – otrzymywał ją. Do każdego zwracała się ciepło, serdecznie i czule „Kochaniutki…, Złociutki…”. Taką miłosierną siostrę  i pielęgniarkę do dzisiaj pamiętają liczni mieszkańcy Wschowy. Zmarła 8 sierpnia 1990 r., a Jej doczesne szczątki spoczęły na tutejszym cmentarzu parafialnym.

            Jej postawa życiowa jest pięknym przykładem człowieczeństwa – całkowitego oddania się służbie Bogu, Kościołowi, miastu i bliźniemu - nie dla nagród na ziemi i ludzkich pochwał. Dla Niej na pierwszym miejscu liczył się człowiek potrzebujący pomocy. I nie ważne, czy był to Polak, czy Niemiec, katolik czy ewangelik. W tym lokalnym wymiarze była pomostem łączącym narodowości, religie, kultury, jakie przez wieki mieszały się w tym mieście. A Jej heroizm i bohaterstwo były dopełnieniem tej życiowej postawy.

            Siostro Iwono, cicha bohaterko Wschowy, za to wszystko chcemy ci dzisiaj oddać hołd i podziękować!

                                                                                                                      Jolanta Pawłowska